Nowe motylki w brzuchu na 2008 styczeń 9, 2008
Posted by kiju in Uncategorized.Tags: narty, muzyka, reggae, nowy rok, Rammstein, Zakopane
trackback
Czas w końcu dodać coś od siebie. Ostatnio jak tu zajrzałem to było jeszcze w 2007. Spraw się trochę nazbierało - postanowień niewiele, z czego pewno połowa nie do wyjawienia, tyłek obolały, bynajmniej nie od mieszkania z Pimpkiem, w życiu bez zmian.
Kolejny rok rozpocząłem tak jak trzeba - na nartach, ale nie do końca… Postanowienie pierwsze - Polska to fajny kraj, ale nie na narty. Warunki do dupy, a ceny w stosunku do tego iście kosmiczne. Czułem się jakby ktoś znowu mnie bestialsko zaciągnął w krzaki, zdjął gatki i powiedział: No chodź, zrobię to szybko, nawet nie poczujesz. A ja co na to? Skromnie zwiesiłem główkę i powiedziałem ok. 350 zł za sześć dni na 1000. metrowym stoczku z warunkami mocno poniżej średniej, toż to rozbój w biały dzień! To jeszcze nic! Żeby dostać się na Kasprowy trzeba być oczywiście, niewielka to nowość, o jakiejś 6:30 pod kasą. Bo jeśli ktoś myśli, że nowa kolejka coś zmieniła to jest w wielkim błędzie. Wjazd - 28 zł, karnet na górze za dzień - 90 zł! Komuś chyba przelatujący nowy F-16 (taa… nowy…) urąbał głowę, lecąca zaraz za nim sroka nasrała do środka, a Szewczyk Dratewka z pobliskiego Krakowa (niech to piorun strzeli wszystkich Krakusów) zaszył tą łepetynę na powrót. W tenże sposób powstał tak posrany pomysł, żeby dzień jazdy na nartach po kamieniach kosztował prawie 130 zł. Nie wiem czy taki konkretnie cytat padł na tym wyjeździe, ale gdyby padł, to na pewno wypowiedziałby go mój serdeczny przyjaciel Wojtuś i na pewno najlepiej oddałby on całą sytuację: We Włoszech jest lepiej. Podsumowując to tak na prawdę najlepsze warunki to ja miałem zjeżdżając w nocy na tyłku po, jakże udanym, kuligu. Tłoku nie było, stok świeżo zratrakowany (przecie to się robi po jeżdżeniu, a nie przed), a wrażenia niezapomniane. Wtedy nabawiłem się mojej kontuzji, którą już wspomniałem i którą, co gorsza, wciąż dotkliwie odczuwam siadając przed klawiaturą, wykonując nagłe skręty, czy inne nieprzewidziane przez mój dziennik pokładowy ruchy. Jeśli myślicie, że Zakopane oferuje tylko to, to grubo się mylicie. Można pobawić się w slalom pomiędzy ludźmi na Krupówkach (cud, że nasza wschodnia brać miała utrudnione przekraczanie granicy, bo już bym bawił się w Boulder Dash), bądź w podchody szukając szpitala/przychodni/czegokolwiek. Najlepszy drogowskaz jaki znalazłem to: Apteka znajduje się obok wejścia do szpitala. Zgroza! Żeby być sprawiedliwym należy przyznać, że postawili sobie cudowny Aquapark (ciekawa nazwa swoją drogą, park po łacinie to park, czy agua po polsku/angielsku to woda? <Me adore eta tłumaczenie?>). Można się wyszaleć, ale, jak słusznie stwierdziła moja towarzyszka, popływać to się tam nie da. Pytanie o tłum uznaję za zbyteczne. Można przejść się do kilku bardzo przyjemnych knajpek, o ile nie ma Węgrów, bądź… (tak, tak, dobrze zgadujecie) tłumu.
Ale pojeździłem! Nawet na karwingach. Miałem cudowny pensjonat, żarełko całkiem spoko, a pokój dzieliłem z największą cholerą jaką znam. Wyjazd udany i odFajkowany.
Muzyka… w zasadzie powinienem to napisać u Krystiana, bo to on mnie natchnął, ale potem zapomniałem, a jeszcze później jakoś wypadło i tak się zrobiło. Przeczytałem u niego o piosence Rammsteina “Main Teil”, przeczytałem jakiś cholerny minesej na jej temat i tak jakoś się zdegustowałem. To chyba dobrze, że nie mówię po niemiecku i nie rozumiałem o czym oni śpiewają. Gdzie podziały się piosenki o miłości, trawie, życiu, bohaterach, szatanie i takich tam. Teraz pisze się teksty o sadyzmie, śmierci, ciachaniu się po żyłach, zjadaniu ludzi, a gdzieś w tle główny nurt wyznaczają murzyni w złotych łańcuchach wartych tyle co mieszkanie na Mokotowie, którzy śpiewają o tym samym, tyle, że na szarych blokowiskach. Czy ktoś mnie chce zmusić bym przeżywał ustawiczną i przewlekłą jesienną deprechę? Może czas wrócić do reggae? Mam wrażenie, że to jedyny gatunek nie dotknięty wszechogarniającym znudzeniem życiem i nie ekscytujący się wynaturzeniami.
Na 100 % miałem napisać coś jeszcze, ale jakoś tak jest, że jak jak zaczynam pisać na jeden temat, to drugi mi wyskakuje z głowy. Niech ktoś przeklnie moją głowę i wyobraźnię, bo ostatnio nie dość, że zapominalstwo i brak skupienia, to jeszcze i insze szkody mi się pojawiają. Czy ktoś z was ma jeszcze tak, że jeśli coś widzi to od razu ze wszelkimi obrazami, okolicznościami i wszystkim? Nie chce, żeby to brzmiało jak jakieś wynurzenia z frustrowanego nastolatka, ale przyznam szczerze, że czasem by mi się przydała taka mała blokadka na mózg, którą można w pełni kontrolować ciąg myślowy. Dobra, na dziś styka.
Czyń zło przez cały nowy rok.
Właśnie, temat kanibalizmu sie pojawia wokół mnie jakoś za często.
Nie martw się o swoją główkę, jak zacznie boleć, to Cię motylek przytuli, i takie złapiesz swędzenie od brokatu na skrzydełkach, że zapomnisz z czego miałeś się leczyć:*
Widzę przynajmniej, że jeśli chodzi o wyjazd to będziecie mieli co wspominać ?
I tak Wam trochę zazdroszczę, bo gór zimą nigdy nie widziałem a narty znam w zasadzie z nazwy. No. Pomijam założenie raz czy dwa butów narciarskich na nogi.
Co do muzyki…”Mein teil” podoba mi się jako utwór w samym sobie. Często jest tak, że jakaś muzyka podoba mi się właśnie od strony klimatu, rozwiązań muzycznych i tym podobnych. Dopiero potem okazuje się, że kawałek jest akurat o kanibaliżmie, rozpruwaniu swojego żołądka z powodu deprechy, czy takich tam atrakcjach. Dość powiedzieć, że jedne z moich ukochanych płyt z kolekcji muzyki klasycznej, to masze żałobne. Moja wina, że tak pięknie brzmią?..
A jak się martwisz o głowę to popatrz na swoją kobietę i od razu zaczniesz myśleć o tym o czym powinieneś. Prawda Emi, że czas na kisiel pomarańczowy? ;P
No i oczywiście się pomyliłem. Msze miały być..